Recenzje z sieci
Jak wspomniałem w zakładce Zamiast recenzji, gdzie subiektywnie opisuję wysłuchane płyty, nie jestem krytykiem muzycznym i nie podejmuję się pisania fachowych recenzji płyt. Teksty, które tu przytaczam są autorstwa osób, które wnikliwiej wgryzają się w takie zagadnienia, jak techniki kompozytorskie, warsztat muzyka, czy rozbiórkę utworów na tzw. czynniki pierwsze.

Na początek zapraszam do przeczytania dwóch recenzji Igora Wróblewskiego.
NORYANI - "northeast 117"
album NORYANI W niespełna godzinnym zestawie otrzymujemy dziewięć bardzo różnych opowieści, w których baśniowość i senny nastrój przemieszane są z fenomenologią codzienności dużego miasta. O świcie wyglądamy przez okno naszego wieżowca i patrzymy na uliczny ruch w zdeformowanym z lekka negatywie – niby to samo, co widzimy codziennie, a jednak jak zachwycająco inne! Brzmienie utworów jest pełne, "okrągłe", dość ciepłe, a jednolity miks pozwala z łatwością w pełni zanurzyć się w tej muzyce.
Odpływamy w sekwencyjny dryf z samym początkiem nostalgicznego pierwszego utworu. Ze znanych adresów mogą tu przyjść do głowy BIOnighT albo Paul Nagle – mamy właśnie przed sobą zaśnieżony nocny park, gdzieś w oddali migoczą światła samochodów i neonów, a całe to miejsce żyje własnym życiem, uchwycone ukrytą syntezatorową kamerą.
Drugi utwór jest pogodniejszy, optymistyczniejszy, właśnie takie średnie tempo oraz melodie nasuwające na myśl słońce rześko przebijające się po niedawnym deszczu zwykliśmy kojarzyć z artystami nagrywającymi dla Neu Harmony.
Osnową kompozycji trzeciej jest wypunktowane zamyślenie. W podobnym stopniu utwór ten współtworzą efektowne pauzy, a nie tylko miarowe, skradające się pochody sekwencyjne i wyjątkowo wpadający w ucho motyw melodyczny, kojarzący się nieco z twórczością Vangelisa (posłuchajmy zresztą dokładnie samej aranżacji: czy gdzieś jak przez mgłę nie przypomnia nam się "Blade Runner"?)
Impresja czwarta to przeszywające snopy zakapturzonych syntezatorowych promieni, podczas gdy w tle gotuje się ambientalna smoła. To świetne nie tylko jako wprowadzenie do utworu, ale i jako główna jego treść; niesamowicie wciągający nastrój. Do tego mamy jeszcze wiązkę sporadycznie pojawiających się basowych kresek w tle – jak dotąd jest to mój ulubiony utwór z całego zestawu.
Utwór piąty... Przeciągłe tony leją się niczym na wczesnych płytach Vangelisa, a główna ozdoba to ta natychmiast trafiająca do Słuchacza jedyna w swoim rodzaju melodia, stare gramofonowe wspomnienie, znaleziony przy parkowej kałuży liść o specyficznym kształcie, wywołujący niejasne, ale dziwnie czemuś miłe asocjacje – oto atmosfera tego utworu, kolejnego z moich faworytów. Za sprawą mlaskającej perkusji niedaleko stąd też do płyt Spyry, innego mistrza specyficznie podanej melancholii z przymrużeniem oka w tle.
Utwór szósty to znakomita ilustracja do pytania o naturę czasu. Mamy tu i odpowiednio mroczno-melancholijne klawiszowe akordy, i mnóstwo niepokojących dźwięków w tle, i transowy posuwisty podkład perkusyjny. Wytrawna miniatura z pogranicza elpopu i chłodnego electro w granatowo-srebrzystej, organicznej tonacji.
W siódmym utworze owiewają nas delikatne smugi keyboardów i wzbierające na sile perkusyjne tło – być może to ilustracja nadciągającej burzy piaskowej? Interesujące połączenie elektronicznego romantyzmu i niewymuszonego, udanie stopniowanego napięcia.
W utworze ósmym pojawia się nader chwytliwy sekwencyjny "riff", który mi w jakiś odległy, a jednak stanowczy sposób skojarzył się już przy pierwszym przesłuchaniu z atmosferą chłodniejszych nagrań z „So“ Petera Gabriela. Uwagę przykuwa współgra "śpiewających" elektronicznych bębnów i powracającej urokliwej melodii. Dochodzi ostinato, a w drugiej minucie ponadto jeszcze trance’owy beat! Teraz na każdym planie sporo się dzieje, dobrze udało się tutaj połączyć statyczność keyboardowego planu z dynamiką perkusji. O świcie wyglądamy przez okno naszego wieżowca i patrzymy na uliczny ruch w zdeformowanym z lekka negatywie – niby to samo, co widzimy codziennie, a jednak jak zachwycająco inne!
Utwór dziewiąty to ostatnie słowo. Miękkie gitarowe dźwięki niczym z innego świata, mantra o woskowym świcie; z okna spoglądamy na zaśnieżony park z utworu pierwszego. Latarnie gasną, noc zamieniła się w przykurczony świt, ale nadal nie widać dokładnie, czy to podrygujący czarny foliowy worek, czy wzbijająca się do lotu wrona, tam, za ostatnią ławką, w sinej, mżącej poświacie... Piękny utwór na przebudzenie, introdukcja do kolejnego dnia pachnącego śniegiem i mrozem. Utwór, do którego mógłbym co do wyjątkowego nastroju porównać tę impresję, to "Astral Chains" Thomasa P. Heckmanna. Polecam bez wahania.

Igor Wróblewski

06.04.2011

PRZEMYSŁAW RUDŹ - "cerulean legacy"
Przemysław Rudź świetnie potrafi przefiltrowywać wpływy elektronicznych znamienitości przez własną wyobraźnię, wrażliwość i wizjonerskość; brak tu odcinania kuponów od cudzej twórczości, za to jest niewątpliwe umiłowanie i zrozumienie elektroniki sekwencyjnej oraz umiejętność snucia własnych kosmicznych opowieści. Gdzieś na pograniczu inspiracji muzyką filmową TD oraz wyludnionymi, drżącymi, chóralnymi łąkami Popol Vuh rodzi się jedyna w swoim rodzaju, nader wciągająca synteza – moim zdaniem najwspanialsza płyta Rudzia w całym jego dotychczasowym dorobku. To 5 utworów i prawie 69 minut zmian, zaskoczeń, napięcia i niedowierzania...
5 utworów i prawie 69 minut. Nasza przygoda rozpoczyna się na przestrzennym lotnisku podczas pięknej pogody. To niby tylko jeden stojący akord, a jednak tyle urozmaicenia w tle: jedne myśli startują, inne podchodzą do lądowania... Wszystko skryte jest dyskretnie pod flangerowym kloszem, to przejaśnia się, to nadciągają chmury – wspomnienia nakładają się na rzeczywistość, gdy w drżącym gorącym powietrzu wyłania się gigantyczny przód samolotu... Gdy minie siódma minuta, na bliższy plan wysunie się wypunktowana durowa sekwencja, w tle nadal kołują myśli i wspomnienia. Krótko przed upływem dziewiątej minuty wmieszane domieszane zostaną głosy, śmiechy, poślizgi wiodącego syntezatora brzmią niczym muzyka Vangelisa z pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. W dwunastej minucie muzyka milknie...
Utwór drugi to ponad dwudziestominutowa suita. Odzywają się tajemnicze ciche dźwięki: dzwonki, delikatne grzechotanie, wkrótce zaś cały szaszłyk elektronicznych iskier i mnóstwo rozbłyskanych świetlików. Coraz ciekawsze kolaże i drobne motywy – utwór nabiera charakteru i kształtów. Krótko przed nadejściem trzeciej minuty pojawiają się sporadycznie rozmętnione akordy, zawieszone w niestrudzenie płynącym grzechotliwym strumyku. To naprawdę udana medytacyjna muzyka, w której mimo statycznego charakteru przez cały czas coś się zmienia. Gdy pierwsze 5 minut jest za nami, utwór zdążył już nabrać głębi, przesunęły się nieco proporcje głośności, akordy zaczęły dominować nad pluskającym strumykiem. Tuż przed siódmą minutą „strumyk“ milknie, a chmury akordowe pozostają na scenie jako jedyne. Wyłania się genialny motyw przewodni, co do nastroju coś w rodzaju bezbeatowych pasaży „Oxygene“, zwłaszcza, gdy akordy raz po raz nakłute zostają lodowymi igiełkami wyrastającymi tu i ówdzie spomiędzy zwałów chmur. Później dochodzi jeszcze perkusja, zmienia się melodia stereofonicznego ostinata, w siedemnastej minucie jesteśmy ponadto świadkami nieoczekiwanych narodzin: ludzkiego dziecka, cyborga, wróżki czy innego jeszcze stworzenia?...
Trzeci utwór znów przynosi stojące akordy pod flangerowym kloszem i opływowe struktury. Ściana dźwięków czasem wybrzmiewa jak gdyby napiętym sitarowym sykiem – Wschód napotyka Zachód. Frapująca atmosfera zostaje wyczarowana przy pomocy minimum środków i kolejny raz okazuje się, że Rudź ma po prostu genialne pomysły na najrozmaitsze „sprytne dźwięki“. Za sprawą miękkiego gitarowego klangu i dziwnie orientalnego tła utwór nieco kojarzy się z impresjami Popol Vuh z okresu „Aguirre“, ale wszystko to podane jest w nowy, interesujący sposób. Brzmienie zatacza coraz bardziej psychedeliczne kręgi, ocierając się nieomalże o nastroje spod znaku Move D vs. Namlook... Szkoda, że po siedmiu minutach utwór dobiega końca.
Czwartą kompozycję otwiera stojący pomruk elektronicznego chóru, znów nie sposób przez chwilę choć nie pomyśleć o „Aguirre“, tyle tu przestrzeni i wszechogarniającego zapachu łąk drżących chłodną rosą... Dopiero w piątej minucie pojawiają się klarowne dźwięki fortepianu, podobnie przejrzyste jak na „The Story of the Clouds“ Detlefa Kellera. Właściwie przypomnieć może się też najczytelniejszy melodycznie fragment suity „Esoteric Goody“ Klausa Schulze... Zamyślona solówka świetnie wplata się w rozłożystą koronę akordowych chórów. W 14 minucie odzywają się kraczące wrony – czyżby reminiscencje jednego z wątków „Echoes“ Pink Floyd?... Doprawdy imponująco współbrzmi czysty fortepian pierwszego planu i zmasowana wibracja bezkresnych łąk, apeironiczny chór – tak, to bez wątpienia mój ulubiony utwór na krążku. I kiedy już myślimy, że utwór niebawem musi wybrzmieć, że wszystko już zostało powiedziane, pojawiają się tąpnięcia chropawego basu... niczym z zapomnianej jamy wychylają się opary sekwencyjnego dymu. Dopiero wtedy, gdy Słuchacz ma nadzieję na jeszcze jedną nieoczekiwaną puentę, impresja raptownie zanika i bez chwili przerwy przchodzi w utwór piąty...
...który jeszcze przed upływem jednej minuty nabiera konkretnych kształtów dzięki ścieżce perkusyjnej i rozedrganej melodii – to ciekawy balans między tradycyjną elektroniką, elpopem oraz electro. Do mniej więcej takich syntez przyzwyczaił nas Spyra – Rudź prezentuje nam własną, nie mniej atrakcyjną wizję podobnych klimatów. Oryginalne „omdlewające“ akordy, a do tego wykład o fizyce Rogera Penrose’a... powrót chmurek akordowych a la Oxygene... Pod koniec przecieramy oczy ze zdumienia, że jednak nadal jesteśmy w świecie, w którym włączyliśmy tę płytę, a nie w jakimś zgoła innym wymiarze... Gratulacje dla Rudzia za najlepszą płytę w całym dotychczasowym dorobku.

Igor Wróblewski

06.04.2011